poniedziałek, 9 czerwca 2014

Prolog


Cześć, nie przedłużając przedstawiam wam prolog mojego opowiadania pt. ''W zaklętym kręgu czasu''. Zapraszam do czytania i komentowania. Pozdrawiam Paulina.

Prolog


Obudziłam się, czując jak pierwsze promienie słońca prześlizgują się po mojej twarzy. Przeciągnęłam się leniwie i otworzyłam oczy. W pierwszej chwili myślałam, że to moja wyobraźnia płata mi figle, lecz już po chwili zdałam sobie sprawę, że to co widzę jest prawdziwe. Zamiast obudzić się tak jak zwykle, w łóżku, w swoim domu, obudziłam się w nieznanym mi miejscu. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to: ''Boże, gdzie ja jestem i jak się tu znalazłam?'' Wstałam ostrożnie i zaczęłam rozglądać się dookoła. Trzeba przyznać, że miejsce, w którym się znalazłam, wyglądało niesamowicie. Po chwili obserwacji mogłam stwierdzić, że znajduję się na polance, otoczonej przez las. Wyglądało to tak, jakby po środku dziczy, ktoś stworzył magiczne miejsce, wprost idealne do odpoczynku. Trawa była tu zielona i soczysta, różnokolorowe kwiaty, których nigdy wcześniej nie widziałam rosły dookoła. A na samym środku rósł krzew. Na pierwszy rzut oka nic nadzwyczajnego, lecz gdy przyjrzało mu się bliżej to można było dostrzec malutkie, złote kwiatuszki, które lśniły niczym gwiazdy. Tak mnie to zafascynowało, że postanowiłam, iż wszelkie niepewności i pytania pozostawię na później, a na razie skupię się na podziwianiu tego niezwykłego zjawiska. Położyłam się tuż obok niego, skąd doskonale go widziałam. Czułam się wspaniale, już od dawna nie czułam takiej beztroski i radości, byłam odprężona i nie dopuszczałam do siebie myśli, że coś mogłoby mi tu zagrażać. Zupełnie nie przejmowałam się tym, że nie wiem tego gdzie jestem, ani tego jak się tu znalazłam, po prostu cieszyłam się chwilą.  Przez głowę przemknęła mi tylko jedna myśl: ''Chyba znalazłam się w raju.'' Nie wiedziałam wtedy w jak wielkim błędzie jestem.
            Nagle, raczej instynktownie, zauważyłam, że coś jest nie tak. Chcąc to sprawdzić, usiłowałam się podnieść, duże było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że nie mogę wstać, spojrzałam w dół na moje ciało i zamarłam. Moje kostki u nóg, a także kolana i biodra były okręcone jakimiś dziwnymi pnączami, które niby kajdany przytwierdziły mnie do ziemi. Starałam się uspokoić i podejść do tego racjonalnie, nie było to jednak łatwe, zważywszy na to w jakiej znalazłam się sytuacji. Gdy udało mi się choć trochę uspokoić, to stało się coś co całkowicie zburzyło mój pozorny spokój, a mianowicie, zauważyłam, że roślina zaczyna coraz szczelniej oplatać moje ciało i delikatnie wciąga mnie pod ziemie. Następowało to powoli, lecz systematycznie. Wiedziałam, że jedynym ratunkiem dla mnie będzie użycie magii. Spięłam całe moje ciało i skoncentrowałam się na jednym słowie.
- Tundir* - wyszeptałam i ... nic się nie stało, patrzyłam na to przerażona, uświadomiłam sobie w jak beznadziejnej sytuacji się znalazłam.
            Chciałam krzyczeć z bezsilności lecz żaden odgłos nie wydobył się z moich ust. Pnącza wciągnęły mnie już niemal całą, trawa była na wysokości moich oczu. Podjęłam jeszcze jedną próbę uwolnienia się, lecz tak jak przypuszczałam nic się nie stało. A w sumie nie, stało się, zapadłam się jeszcze głębiej. Nie wiem ile jeszcze tak leżałam: minutę, godzinę czy cały dzień, całkowicie straciłam rachubę czasu. Nie miałam już nawet sił do tego by walczyć. Zdałam sobie sprawę z tego jak mało rzeczy zdążyłam zrobić w swoim siedemnastoletnim życiu, a także to, że już nigdy nie zobaczę mojej młodszej, niesfornej siostry Rose i ukochanej ciotki Rebeki. Zaczęłam żegnać się z życiem, było mi tak smutno, że ciężko jest mi to opisać słowami, lecz jedna myśl sprawiała, że czułam się odrobinę lepiej, a mianowicie to, że już niedługo spotkam się z rodzicami i starszym bratem, który zawsze starał się mnie chronić.
            Wtedy usłyszałam tuż obok siebie odgłos łamanych gałęzi, po odgłosie jaki wydały mogłam stwierdzić, że złamać ją mogło tylko coś dużego i ciężkiego. Nadzieja znowu do mnie zawitała. Ostatkiem sił udało mi się podnieść głowę, aby zobaczyć co spowodowało owy dźwięk. Spojrzałam i ... zamarłam. Oto przede mną w pełnej krasie stał człowiek, którego nienawidziłam najbardziej na świecie - Werion. Jest on królem, królestwa, w którym żyję, nie można powiedzieć o nim, że jest dobrym władcą, wręcz przeciwnie, można śmiało powiedzieć, iż jest on tyranem i człowiekiem całkowicie pozbawionym serca, diabłem w ludzkiej skórze jak to niektórzy o nim mówią.
            I to właśnie on stał przede mną i patrzył na mnie z kpiącym uśmiechem i nieukrywana pogardą w oczach. Nie miałam zamiaru prosić go o pomoc, był on ostatnią osobą, którą poprosiłabym o cokolwiek, nie ja nawet wtedy bym go o nic nie poprosiła. Nienawidziłam go tak dlatego, że to on zniszczył mi życie. Patrząc na niego całkowicie zapomniałam o tym w jakiej jestem sytuacji, mieszały się we mnie różne emocje, które nie mogły znaleźć ujścia. Czułam jednocześnie żal, rozpacz i nienawiść, a wszystkie te emocje skierowane były do jego osoby.
            Nagle Werion roześmiał się, nie był to jednak miły śmiech, o nie, na pewno nie. Jego śmiech mroził krew w żyłach. Wtem poczułam, że zostałam już praktycznie cała wciągnięta pod ziemię. Wtedy właśnie w akompaniamencie tego upiornego śmiechu, udało mi się w końcu wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Krzyczałam w niebogłosy, chciałam się ratować, ale nie mogłam. Poczułam, ku mej uldze, że pnącza nie wciągają mnie już w głębiny, nie trwało to jednak długo. Ulga, którą odczuwałam jeszcze parę chwil temu, w ciągu zaledwie paru sekund przerodziła się w przerażenie. Tuż nade mną stał Werion, lecz to nie on przeraził mnie najbardziej, tylko to co trzymał w ręce. W jego dłoni znajdował się długi sztylet z krwistoczerwoną rękojeścią i srebrzystym ostrzem, był on skierowany w moja stronę. Zbliżył się do mnie, ukucnął tuż obok wziął zamach i uderzył. Ostrze wbiło się gładko w ziemię, tuż obok mojej głowy. Poczułam jak strach mnie paraliżuje, zamiast zakończyć moje cierpienia i tą niepewność, on bawi się ze mną w kotka i myszkę. Patrzyłam z przerażeniem jak bierze zamach po raz drugi, wiedziałam, że teraz zrobi to co zamierzał zrobić od samego początku. Widziałam jak ostrze mknie wprost w środek mojej twarzy, zamknęłam oczy i ... .

                                                                        ***

- Aaaa - obudził mnie krzyk, dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że to ja krzyczałam. W pierwszej chwili po przebudzeniu nie wiedziałam nawet dlaczego krzyczałam, dopiero po chwili przypomniałam sobie mój sen i dziękowałam niebiosom, za to, że to się nie zdarzyło naprawdę, że to był tylko sen. Koszmar tak mnie przeraził, dlatego że mógł się zdarzyć naprawdę. Werion nienawidził mnie, a wszystko to przez moje niezwykłe zdolności i przez to, iż działałam w grupie buntowników przeciw niemu.
            Gdy już uspokoiłam się na tyle, żeby móc normalnie oddychać, to znowu stało się coś, co mnie wytrąciło z równowagi. Usłyszałam odgłos kroków na zewnątrz i mogłabym przysiąc, że był to odgłos ludzkich kroków. Starając się zachowywać jak najciszej, wstałam i na palcach podeszłam do drzwi. Otworzyłam je gwałtownie jednocześnie szepcząc:
-Claridad**.
            Z moich dłoni wytrysnęły strumienie światła, który dały mi doskonały widok na teren otaczający mój dom. Na wprost mnie, w krzakach coś się poruszyło. Spięłam się i już gotowa byłam rzucić jakiś czar ogłuszający, gdy wyskoczyła z nich para lisów. Odetchnęłam z ulgą i uderzyłam się ręką w czoło. Jak mogłam być taka głupia, przecież znajdowałam się w miejscu, gdzie nikt nie miał mnie prawa znaleźć. Zamknęłam drzwi i skierowałam się w stronę łóżka. Zasnęłam już uspokojona, zupełnie nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, a mianowicie z pary oczu, które obserwowały mój dom uważnie od paru godzin, a teraz oddalają się od niego z błyskiem triumfu.

*Tundir - ciąć
**Claridad - światło

niedziela, 4 maja 2014

Świat idealny


Witam, chciałam wszystkich powitać na moim blogu, nazywam się Paulina i chodzę do pierwszej klasy liceum. Założyłam go dzięki mojej koleżance Kasi z ''charmed-breath-of-life'' to ona mnie namówiła do tego żebym go założyła, bo mi zawsze brakowało do tego odwagi.
Mam nadzieję, że spodoba się wam zarówno moja twórczość, jak i mój sposób pisania. Jestem otwarta na wszystkie słowa krytyki, dlatego zachęcam do tego, bo tak jak już pisałam jest to mój pierwszy blog i nie znam się za bardzo na tym.
Nie przedłużając poniżej publikuję pierwsze opowiadanie. Jeżeli się wam spodoba to będzie jego kontynuacja. Planuje dodawać tutaj także inne opowiadania, dłuższe i krótsze. Zapraszam do czytania i komentowania. Pozdrawiam Paulina.

Świat idealny 

20 lipca 1372 r.
Nie rozmyślałem wiele nad moim dotychczasowym życiem. Uważałem, że jest wręcz idealne i to mi w zupełności wystarczało. Nie zadawałem sobie pytań typu: - Jaki jest sens mojego życia?; - Czy świat, który znam i w którym żyję jest jedynym i prawdziwym: nie zadawałem sobie tych pytań dlatego, że z góry zakładałem, że są one bezsensowne i nie istnieje żaden inny, lepszy świat, z którego istnienia nie zdawałem sobie sprawy.
Nie rozmyślałem nad tym, aż do teraz, bo to co przeżyłem i zobaczyłem zmieniło diametralnie tok mojego rozumowania, a także otworzyło oczy na sprawy, których zdawałem się wcześniej nie zauważać. Najlepiej będzie jeśli opowiem to, co przeżyłem i zobaczyłem, wtedy może wy także to zrozumiecie.


19 lipca 1372 r.
- Jeszcze chwila, jeszcze tylko chwileczkę i będzie po wszystkim –szeptałem w kółko, jakby to była moja mantra. Nie wiedziałem, czy mówię to do siebie, czy do tego biednego, zlęknionego stworzenia, które wisiało przede mną złapane w moją pułapkę. Patrzyłem w te przerażone zwierzęce oczy i sam czułem się niemal tak samo przerażony jak ono, nie chciałem go zabijać, lecz wiedziałem, że to należy do moich obowiązków; to ja odpowiadałem, za dostarczanie pożywienia do osady. Ludzie umierali tam z głodu. Naszym jedynym pożywieniem było mięso zwierzęce. W naszej okolicy nie było już praktycznie żadnej zwierzyny jadalnej i wiedziałem, że jeżeli dalej tak będzie to będziemy zmuszeni się stąd wynieść.
Już szykowałem się do tego, aby zakończyć męki zarówno tego stworzenia jak i moje, gdy nagle, tuż za swoimi plecami usłyszałem odgłosy, które bardzo mnie zaniepokoiły, był to odgłos łamanych gałązek leżących na ziemi, już miałem się odwrócić i sprawdzić co to, gdy wtem usłyszałem warczenie i wycie wilków, nie zwlekając ani chwili rzuciłem się do ucieczki. Szukałem miejsca , w którym mógłbym się przed nimi skryć, lecz nic nie nadawało się do tego; drzewa były zbyt wiotkie i od razu złamałyby się pod moim ciężarem, a głazy znowuż były zbyt niskie, wilki zdołałyby się na nie wdrapać.
Nie wiem już ile trwał ten morderczy bieg, lecz wiedziałem, że sił nie starczy mi już na długo. Już miałem przestać walczyć, poddać się i pogodzić z nieuniknionym. Jednak, gdy już nie miałem nadziei tuż przede mną zauważyłem ogromne, stare drzewo. Nie zastanawiając się ani chwili, podskoczyłem złapałem się gałęzi i zacząłem się wspinać coraz to wyżej. Wiedziałem, że wilki nie wdrapią się na drzewo, lecz chciałem być jak najdalej od nich. Odetchnąłem z ulgą dopiero gdy usiadłem na gałęzi wysoko nad ziemią i oparłem się o pień drzewa, w miejscu, w którym siedziałem w pniu była duża dziupla, z ciekawości zajrzałem do niej, ale nic tam nie zobaczyłem.
Wilki wciąż krążyły wokół drzewa, jakby miały nadzieję, że jakoś mnie dostaną. Wierzyłem, że wkrótce sobie odpuszczą, bo nie chciałem siedzieć tu w nieskończoność. Wilki jednak nie rezygnowały, zaczęły nawet rzucać się na drzewo, uderzały z całej siły swoimi ciałami o drzewo, lecz na szczęście nie przynosiło to żadnych efektów. Nagle jednak jeden z wilków, największy z nich, uderzył tak mocno, że aż całe się zachwiało, ja także jako, że siedziałem na nim. Straciłem równowagę i wpadłem do dziupli. Nie spodziewałem, że ta dziupla była tak głęboka. Wydawało mi się jakbym spadał co najmniej kilka minut.
Nagle wszystko wokół mnie rozbłysło, a ja poczułem niewyobrażalny wręcz ból, czułem się tak, jakby moje ciało rozpadło się na tysiące kawałków. Wszystko wokół mnie zaczęło wirować i mienić się tysiącami kolorów.
-Dość! Niech to się już skończy! – wrzeszczałem jak opętany. Chciałem, żeby to wszystko się już skończyło i wtedy straciłem przytomność.

-Au, moja głowa, co się stało? – zapytałem sam siebie.
Powoli otworzyłem oczy i zamarłem. Kompletnie nie wiedziałem, gdzie jestem, lecz to nie było moim największym zmartwieniem. Najbardziej przeraziły mnie przedmioty jakie tam były. Z mocno bijącym sercem, podszedłem do dziwnego, drewnianego, prostokątnego przedmiotu. Delikatnie zapukałem w nie i nic się nie stało. Odetchnąłem z ulgą, gdy nagle spojrzałem na siebie i krzyknąłem.
- Aaa, co to jest?! – zawołałem.
Zamiast moich ubrań, ubrany byłem w jakiś dziwny niebieski strój. Nagle usłyszałem pewne odgłosy, brzmiało to tak, jakby ktoś zbliżał się do mnie i miałem rację. T o prostokątne coś do czego wcześniej pukałem otworzyło się z towarzyszącym temu nie miłym odgłosem. Ale to co zobaczyłem za drzwiami było o wiele dziwniejsze.
- O już się obudziłeś? – spytała – Nie bój się mnie, byłam w lesie na porannym joggingu, gdy cię znalazłam. Wyglądałeś jak kupka nieszczęścia, ale już zaczynasz wyglądać lepiej.
Patrzyłem chyba na kobietę. Nie na pewno to była kobieta, choć bardzo różniła się od naszych kobiet. Ona była zupełnie inna. Miała włosy, które wyglądały jak ogień, na oczach miała dziwne, płaskie, okrągłe kawałki lodu, a ubrana była bardzo dziwnie, zamiast długich sukien, takich jakie nosiły nasze kobiety, ta miała sukienkę tylko do połowy nóg. 
Zaczęła się zbliżać do mnie, a ja wtedy upadłem na miękkie posłanie, a to co wydarzyło się w następnej chwili, przeraziło mnie tak bardzo, że wrzasnąłem jak oszalały. Szara kwadratowa skrzynka rozbłysła i zobaczyłem, że są w niej mali ludzie, którzy są tak samo dziwnie ubrani jak ona.
- Spokojnie, nie bój się! – powiedziała – Nie wiesz co to jest?
- Nie - wyszeptałem cicho. Byłem tak przerażony, że to było wszystko na co mnie stać.
Wtedy zauważyłem, że przygląda mi się uważnie. Tak jakby nad czymś myślała? Nie to bez sensu, przecież kobiety nie myślą. Są głupie i bezradne, ale ta wydawała się być inna.
- Kim ty jesteś, a przede wszystkim skąd?
- Ja, eee, nazywam się Darien, a jestem z osady Darragha.
- Co takiego, jakiej osady? Chciałeś chyba powiedzieć wioski?
- Nie, z osady – powtórzyłem z uporem.
- Dziwne – szepnęła do siebie, potem jej oczy rozbłysły tak jakby wpadła na pomysł – A, który mamy rok? 
- 1372.
Ona wtedy cofnęła się przerażona.
- Ty jesteś wariatem. Muszę zadzwonić na policję, pogotowie, gdziekolwiek, oni musza cię zabrać.
- Poli... co?
- Posłuchaj mamy 2005 rok, rozumiesz?
- Ale jak to, przecież zanim obudziłem się tutaj to byłem na polowaniu, a potem goniły mnie wilki, wspiąłem się na drzewo, wpadłem do dziupli i ... .
- I co? – zapytała.
- I obudziłem się tutaj.
- Poczekaj chwilę – powiedziała, po czym wyszła, zostawiając mnie samego z mętlikiem w głowie.
Wróciła po dobrych paru chwilach. Niosła ze sobą coś bardzo dziwnego. Było to płaskie pudełko. Usiadła na łóżku i poklepała miejsce obok siebie i powiedziała.
- Usiądź, muszę coś sprawdzić.
Wykonałem jej polecenie machinalnie, bez jakiegokolwiek zastanowienia. A ona wtedy otworzyła to dziwne pudełko, były w nim małe kwadraciki z jakimiś znaczkami i twardą powierzchnią, na której zaczęły pojawiać się obrazki. Nagle obrazki się zatrzymały, a ona spytała.
- Poznajesz to?
Na gładkiej powierzchni pojawił się obraz mojej osady, która była bardzo zniszczona.
- Tak, to mój dom, ale czemu on jest taki zniszczony?
- Dlatego, że od ponad pięciuset lat nikt tam nie mieszkał.
- Ale, jak to, przecież ... – zamilkłem.
Ona patrzyła na mnie badawczo i powiedziała.
- Jedynym logicznym wyjaśnieniem jest to, że przeniosłeś się w czasie. Będę musiała pomóc ci nauczyć się, jak żyć w tych czasach tak innych od twoich. Lepszych.
- Wcale nie – wykrzyknąłem. A ona przerażona moją gwałtownością cofnęła się – To nieprawda. Tam było idealnie.
- Spokojnie, wiem, że jest ci ciężko, lecz pomogę ci to przetrwać. Czy pozwolisz mi pokazać ci rzeczy, o których istnieniu nawet nie masz pojęcia?
- Dobrze – zgodziłem się.

Dzięki Elenie, bo tak miała na imię, dowiedziałem się co to jest np. telewizor, pralka, laptop czy radio. Wszystkie te przedmioty wydawały mi się magiczne. Było tu cudownie, lecz i tak dalej uważałem, że najlepiej mi było w moich czasach. Dlatego poprosiłem.
- Czy mogłabyś pokazać mi miejsce, w którym mnie znalazłaś?
- Dlaczego? – zapytała zdziwiona.
- Bo może tam znajdę wskazówkę jak wrócić do domu.
- Po co chcesz wracać? Przecież tu będzie ci lepiej.
- Wcale nie będzie lepiej, a poza tym ludzie umrą tam z głodu. To ja odpowiadałem za zdobywanie pożywienia.
- A czym się żywicie?
- Mięsem zwierzęcym – odparłem.
- Tylko? Nie jecie warzyw, owoców?
- Nie.
- Ależ to straszne. Chodź za mną. – poleciła, a ja poszedłem za nią.
- Masz to jest bardzo smaczne – podała mi coś podłużnego i pomarańczowego – ugryź to, przecież cię nie zje.
Prychnąłem gniewnie, ale wykonałem jej polecenie i o dziwo miała rację, to było pyszne.
- I co? – spytała.
- No to jest dobre, ale i tak chcę wracać do domu.
- No dobrze, skoro się tak upierasz to chodź za mną.


Jechaliśmy samochodem, tak ona nazywała tego ryczącego potwora. Wjechaliśmy do lasy. Podróż po lesie trwał krótko, bo już po chwili zatrzymała się i powiedziała.
- To tutaj.
Wysiadłem pospiesznie i wtedy ujrzałem to co chciałem. Oto przede mną stało to ogromne, stare drzewo, które przeniosło mnie w tą dziwną krainę. Podszedłem do niego i zacząłem się na nie wspinać.
- Co ty robisz? – spytała.
- Wrócę tam w taki sam sposób, w jaki tu przybyłem.
- Ale to niebezpieczne! – zaprotestowała, lecz widząc zacięcie na mojej twarzy, powiedziała – No dobrze rób co chcesz, ale jak już tam wrócisz to nie zabijajcie zwierząt, pokaż im, że można jeść warzywa i owoce, a nie zwierzęta
- Dobrze i żegnaj – powiedziałem na chwilę zanim wskoczyłem do dziupli. Znowu czułem się tak samo jak podczas podróży tu.

- Ooo, au, co jest? – mamrotałem i nagle zerwałem się na równe nogi i zacząłem cieszyć się jak małe dziecko, a to wszystko dlatego, że wróciłem do domu.
Zacząłem iść w kierunku, w którym jak sądziłem była osada. Po drodze mijałem te same drzewa, które mijałem podczas ucieczki. Nagle dostrzegłem jakiś ruch przed sobą. To biedny lis, którego wcześniej schwytałem starał się uwolnić z pułapki. Podbiegłem do niego i rozerwałem krępujące go więzy, a on wtedy spojrzał na mnie i zaczął się powoli wycofywać, a potem odwrócił się i uciekł. Cieszyłem się, że nie muszę już zabijać. Gdy tylko inni się dowiedzą, że jest inne pożywienie to na pewno będą tak samo szczęśliwi jak ja. Po drodze nazbierałem trochę tych warzyw i owoców.
Raźnym krokiem wszedłem do osady, a tam czekał na mnie Darragh.
- Darienie, jak ty wyglądasz? Czemu przyniosłeś tu to zielsko zamiast pożywienia?
- Ale, to wcale nie jest zielsko Darraghu, tylko jedzenie.
- Kto ci naopowiadał takich bzdur? – spytał gniewnie Darragh.
- Elena mnie tego nauczyła.
- Ele ... co? Co to za dziwne imię?
- Elena to dziewczyna z innych czasów. Nauczyła mnie jak możemy lepiej żyć – i nagle wpadłem na pewien pomysł – Moglibyśmy przenieść się tam. Ona nas przyjmie. Są tam takie dziwne urządzenia, jak pralka, która sama czyści ubrania.
- Darienie, przestań. Ty zwariowałeś.
Dopiero wtedy zauważyłem że naszej rozmowie przysłuchiwali się wszyscy osadnicy, ale sądząc po ich minach oni także uważali, że zwariowałem.
-Darienie – odezwał się Darragh – jako wódz osady, ze względu na bezpieczeństwo nas wszystkich, musisz opuścić osadę.
- Ale, bracie – zawołałem.
- To, że jesteśmy braćmi, nie ma żadnego znaczenia. Jest mi ciężko jednak muszę myśleć o dobru ogółu.
Zrozumiałem, że nie mogę tu zostać, odwróciłem się i zostawiłem całe moje dotychczasowe życie za sobą. Już wiedziałem co zrobię.

- Nie, ale jak to możliwe? Przecież ono tu było – wołałem zrozpaczony. Stałem dokładnie w tym miejscu, w którym stało drzewo.
Zrezygnowany osunąłem się na kolana i zapłakałem gorzko. Czemu byłem takim głupcem, czemu odszedłem od Eleny, przecież ona chciała mi pomóc. Teraz zrozumiałem to co ona wiedziała już od początku. Świat, w którym ja żyłem był zaledwie cieniem świta idealnego, świata, w którym była ona. Załamany sięgnąłem po nóż i zamachnąłem się aby zakończyć mój nędzny żywot. Gdy nagle poczułem jak coś tuli się do mojej nogi. Był to lis. Ten sam któremu wcześniej darowałem życie. Już wiedziałem co zrobię. Schowałem nóż i przyciągnąłem do siebie to stworzenie, które było do mnie w jakiś sposób przywiązane. Postanowiłem, że odnajdę ten portal i wrócę tam, do idealnego świata, a przede wszystkim do Eleny.