Cześć, nie przedłużając przedstawiam wam prolog mojego opowiadania pt. ''W zaklętym kręgu czasu''. Zapraszam do czytania i komentowania. Pozdrawiam Paulina.
Prolog
Obudziłam się, czując jak pierwsze promienie słońca
prześlizgują się po mojej twarzy. Przeciągnęłam się leniwie i otworzyłam oczy.
W pierwszej chwili myślałam, że to moja wyobraźnia płata mi figle, lecz już po
chwili zdałam sobie sprawę, że to co widzę jest prawdziwe. Zamiast obudzić się
tak jak zwykle, w łóżku, w swoim domu, obudziłam się w nieznanym mi miejscu.
Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to: ''Boże, gdzie ja jestem i jak się
tu znalazłam?'' Wstałam ostrożnie i zaczęłam rozglądać się dookoła. Trzeba
przyznać, że miejsce, w którym się znalazłam, wyglądało niesamowicie. Po chwili
obserwacji mogłam stwierdzić, że znajduję się na polance, otoczonej przez las.
Wyglądało to tak, jakby po środku dziczy, ktoś stworzył magiczne miejsce,
wprost idealne do odpoczynku. Trawa była tu zielona i soczysta, różnokolorowe
kwiaty, których nigdy wcześniej nie widziałam rosły dookoła. A na samym środku
rósł krzew. Na pierwszy rzut oka nic nadzwyczajnego, lecz gdy przyjrzało mu się
bliżej to można było dostrzec malutkie, złote kwiatuszki, które lśniły niczym
gwiazdy. Tak mnie to zafascynowało, że postanowiłam, iż wszelkie niepewności i
pytania pozostawię na później, a na razie skupię się na podziwianiu tego
niezwykłego zjawiska. Położyłam się tuż obok niego, skąd doskonale go
widziałam. Czułam się wspaniale, już od dawna nie czułam takiej beztroski i
radości, byłam odprężona i nie dopuszczałam do siebie myśli, że coś mogłoby mi
tu zagrażać. Zupełnie nie przejmowałam się tym, że nie wiem tego gdzie jestem,
ani tego jak się tu znalazłam, po prostu cieszyłam się chwilą. Przez głowę przemknęła mi tylko jedna myśl:
''Chyba znalazłam się w raju.'' Nie wiedziałam wtedy w jak wielkim błędzie
jestem.
Nagle,
raczej instynktownie, zauważyłam, że coś jest nie tak. Chcąc to sprawdzić,
usiłowałam się podnieść, duże było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że nie mogę
wstać, spojrzałam w dół na moje ciało i zamarłam. Moje kostki u nóg, a także
kolana i biodra były okręcone jakimiś dziwnymi pnączami, które niby kajdany
przytwierdziły mnie do ziemi. Starałam się uspokoić i podejść do tego
racjonalnie, nie było to jednak łatwe, zważywszy na to w jakiej znalazłam się
sytuacji. Gdy udało mi się choć trochę uspokoić, to stało się coś co całkowicie
zburzyło mój pozorny spokój, a mianowicie, zauważyłam, że roślina zaczyna coraz
szczelniej oplatać moje ciało i delikatnie wciąga mnie pod ziemie. Następowało
to powoli, lecz systematycznie. Wiedziałam, że jedynym ratunkiem dla mnie
będzie użycie magii. Spięłam całe moje ciało i skoncentrowałam się na jednym
słowie.
- Tundir* - wyszeptałam i ... nic się nie stało, patrzyłam
na to przerażona, uświadomiłam sobie w jak beznadziejnej sytuacji się
znalazłam.
Chciałam
krzyczeć z bezsilności lecz żaden odgłos nie wydobył się z moich ust. Pnącza
wciągnęły mnie już niemal całą, trawa była na wysokości moich oczu. Podjęłam
jeszcze jedną próbę uwolnienia się, lecz tak jak przypuszczałam nic się nie
stało. A w sumie nie, stało się, zapadłam się jeszcze głębiej. Nie wiem ile
jeszcze tak leżałam: minutę, godzinę czy cały dzień, całkowicie straciłam
rachubę czasu. Nie miałam już nawet sił do tego by walczyć. Zdałam sobie sprawę
z tego jak mało rzeczy zdążyłam zrobić w swoim siedemnastoletnim życiu, a także
to, że już nigdy nie zobaczę mojej młodszej, niesfornej siostry Rose i
ukochanej ciotki Rebeki. Zaczęłam żegnać się z życiem, było mi tak smutno, że
ciężko jest mi to opisać słowami, lecz jedna myśl sprawiała, że czułam się
odrobinę lepiej, a mianowicie to, że już niedługo spotkam się z rodzicami i
starszym bratem, który zawsze starał się mnie chronić.
Wtedy
usłyszałam tuż obok siebie odgłos łamanych gałęzi, po odgłosie jaki wydały
mogłam stwierdzić, że złamać ją mogło tylko coś dużego i ciężkiego. Nadzieja
znowu do mnie zawitała. Ostatkiem sił udało mi się podnieść głowę, aby zobaczyć
co spowodowało owy dźwięk. Spojrzałam i ... zamarłam. Oto przede mną w pełnej
krasie stał człowiek, którego nienawidziłam najbardziej na świecie - Werion.
Jest on królem, królestwa, w którym żyję, nie można powiedzieć o nim, że jest
dobrym władcą, wręcz przeciwnie, można śmiało powiedzieć, iż jest on tyranem i
człowiekiem całkowicie pozbawionym serca, diabłem w ludzkiej skórze jak to
niektórzy o nim mówią.
I to
właśnie on stał przede mną i patrzył na mnie z kpiącym uśmiechem i nieukrywana
pogardą w oczach. Nie miałam zamiaru prosić go o pomoc, był on ostatnią osobą,
którą poprosiłabym o cokolwiek, nie ja nawet wtedy bym go o nic nie poprosiła.
Nienawidziłam go tak dlatego, że to on zniszczył mi życie. Patrząc na niego
całkowicie zapomniałam o tym w jakiej jestem sytuacji, mieszały się we mnie
różne emocje, które nie mogły znaleźć ujścia. Czułam jednocześnie żal, rozpacz
i nienawiść, a wszystkie te emocje skierowane były do jego osoby.
Nagle
Werion roześmiał się, nie był to jednak miły śmiech, o nie, na pewno nie. Jego
śmiech mroził krew w żyłach. Wtem poczułam, że zostałam już praktycznie cała
wciągnięta pod ziemię. Wtedy właśnie w akompaniamencie tego upiornego śmiechu,
udało mi się w końcu wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Krzyczałam w niebogłosy,
chciałam się ratować, ale nie mogłam. Poczułam, ku mej uldze, że pnącza nie
wciągają mnie już w głębiny, nie trwało to jednak długo. Ulga, którą odczuwałam
jeszcze parę chwil temu, w ciągu zaledwie paru sekund przerodziła się w
przerażenie. Tuż nade mną stał Werion, lecz to nie on przeraził mnie
najbardziej, tylko to co trzymał w ręce. W jego dłoni znajdował się długi
sztylet z krwistoczerwoną rękojeścią i srebrzystym ostrzem, był on skierowany w
moja stronę. Zbliżył się do mnie, ukucnął tuż obok wziął zamach i uderzył.
Ostrze wbiło się gładko w ziemię, tuż obok mojej głowy. Poczułam jak strach
mnie paraliżuje, zamiast zakończyć moje cierpienia i tą niepewność, on bawi się
ze mną w kotka i myszkę. Patrzyłam z przerażeniem jak bierze zamach po raz drugi,
wiedziałam, że teraz zrobi to co zamierzał zrobić od samego początku. Widziałam
jak ostrze mknie wprost w środek mojej twarzy, zamknęłam oczy i ... .
***
- Aaaa - obudził mnie krzyk, dopiero po chwili zdałam sobie
sprawę z tego, że to ja krzyczałam. W pierwszej chwili po przebudzeniu nie
wiedziałam nawet dlaczego krzyczałam, dopiero po chwili przypomniałam sobie mój
sen i dziękowałam niebiosom, za to, że to się nie zdarzyło naprawdę, że to był
tylko sen. Koszmar tak mnie przeraził, dlatego że mógł się zdarzyć naprawdę.
Werion nienawidził mnie, a wszystko to przez moje niezwykłe zdolności i przez
to, iż działałam w grupie buntowników przeciw niemu.
Gdy już
uspokoiłam się na tyle, żeby móc normalnie oddychać, to znowu stało się coś, co
mnie wytrąciło z równowagi. Usłyszałam odgłos kroków na zewnątrz i mogłabym
przysiąc, że był to odgłos ludzkich kroków. Starając się zachowywać jak
najciszej, wstałam i na palcach podeszłam do drzwi. Otworzyłam je gwałtownie
jednocześnie szepcząc:
-Claridad**.
Z moich
dłoni wytrysnęły strumienie światła, który dały mi doskonały widok na teren
otaczający mój dom. Na wprost mnie, w krzakach coś się poruszyło. Spięłam się i
już gotowa byłam rzucić jakiś czar ogłuszający, gdy wyskoczyła z nich para
lisów. Odetchnęłam z ulgą i uderzyłam się ręką w czoło. Jak mogłam być taka
głupia, przecież znajdowałam się w miejscu, gdzie nikt nie miał mnie prawa
znaleźć. Zamknęłam drzwi i skierowałam się w stronę łóżka. Zasnęłam już
uspokojona, zupełnie nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, a mianowicie
z pary oczu, które obserwowały mój dom uważnie od paru godzin, a teraz oddalają
się od niego z błyskiem triumfu.
*Tundir -
ciąć
**Claridad
- światło
Ile razy powtarzałam, że te opowiadanie jest świetne! Cieszę się, że w końcu ten prolog zagościł na blogu, czekam na dalszy rozdział i oczywiście więcej o głównej bohaterce, ciekawa jestem jak ją wykreujesz i w ogóle nie mogę doczekać się reszty postaci, szczególnie Weriona! :p Ale do rzeczy, jak uprzedzałam mój komentarz będzie surowy itd... więc:
OdpowiedzUsuńNa początku wszystko wydaje się być piękne, łąka, kwiaty, słoneczko, podkreślam, jak piszesz używasz bardzo ładnego słownictwa, z czasem tak się wprawisz w pisanie, że Twoje opowiadanie będzie istnym cudem (ale ja surowa, prawda?). Głowna bohaterka jest czarodziejką, to mi się podoba, ale jak ma na imię? Czemu mi tego nie zdradzisz, pytam się! :) Żeby nie było tak słodko, może przydałaby się na początku jakaś refleksja, aby lepiej wczuć się w tą dobrą atmosferę,a potem szok, atakuje mnie trawa! Tak się już czepiam, nie słuchaj mnie. Oczywiście interesująca jest też (bardzo) postać Weriona, aż nie mogę się doczekać rozwinięcia akcji z nim, a wiem, że będzie ciekawie!
Och! Już chyba się rozpisałam, czekam na pierwszy rozdział!
Pozdrawiam :p
Och no nie, nie jestem pewna czy nie zjadło mojego komentarza tak więc napiszę go jeszcze raz i bardzo przepraszam, jeśli zdarzy się tak, że wtórnie.
OdpowiedzUsuńGeneralnie mam wielką słabość do sztyletów (rzecz jasna nie do posługiwania się nimi ani tym bardziej obrywania takim ostrzem) ale popatrzeć zawsze można. Mają w sobie to coś <3
Przechodząc do części właściwej.
Wszystko spójne, nie wyjawia zbyt wiele i nie zanudza.
Parę powtórzeń ale sama piszę bloga i o matko ile ja w nim czasami błędów widzę, to aż w oczy kole ;o
Jest świetne w każdym razie, czekam na pierwszy rozdział, który mam pewność, że będzie równie ciekawy co prolog.
Weny! <3
Bardzo dziękuję za komentarz :) Szczerze mówiąc ostatnio zniechęciłam się brakiem komentarzy i zastanawiałam się czy warto wstawiać jeszcze następne rozdziały, skoro i tak nikt ich nie czyta, ale dzięki tobie nabrałam wielkiej ochoty do pisania. Dziękuję ;)
Usuń