poniedziałek, 9 czerwca 2014

Prolog


Cześć, nie przedłużając przedstawiam wam prolog mojego opowiadania pt. ''W zaklętym kręgu czasu''. Zapraszam do czytania i komentowania. Pozdrawiam Paulina.

Prolog


Obudziłam się, czując jak pierwsze promienie słońca prześlizgują się po mojej twarzy. Przeciągnęłam się leniwie i otworzyłam oczy. W pierwszej chwili myślałam, że to moja wyobraźnia płata mi figle, lecz już po chwili zdałam sobie sprawę, że to co widzę jest prawdziwe. Zamiast obudzić się tak jak zwykle, w łóżku, w swoim domu, obudziłam się w nieznanym mi miejscu. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to: ''Boże, gdzie ja jestem i jak się tu znalazłam?'' Wstałam ostrożnie i zaczęłam rozglądać się dookoła. Trzeba przyznać, że miejsce, w którym się znalazłam, wyglądało niesamowicie. Po chwili obserwacji mogłam stwierdzić, że znajduję się na polance, otoczonej przez las. Wyglądało to tak, jakby po środku dziczy, ktoś stworzył magiczne miejsce, wprost idealne do odpoczynku. Trawa była tu zielona i soczysta, różnokolorowe kwiaty, których nigdy wcześniej nie widziałam rosły dookoła. A na samym środku rósł krzew. Na pierwszy rzut oka nic nadzwyczajnego, lecz gdy przyjrzało mu się bliżej to można było dostrzec malutkie, złote kwiatuszki, które lśniły niczym gwiazdy. Tak mnie to zafascynowało, że postanowiłam, iż wszelkie niepewności i pytania pozostawię na później, a na razie skupię się na podziwianiu tego niezwykłego zjawiska. Położyłam się tuż obok niego, skąd doskonale go widziałam. Czułam się wspaniale, już od dawna nie czułam takiej beztroski i radości, byłam odprężona i nie dopuszczałam do siebie myśli, że coś mogłoby mi tu zagrażać. Zupełnie nie przejmowałam się tym, że nie wiem tego gdzie jestem, ani tego jak się tu znalazłam, po prostu cieszyłam się chwilą.  Przez głowę przemknęła mi tylko jedna myśl: ''Chyba znalazłam się w raju.'' Nie wiedziałam wtedy w jak wielkim błędzie jestem.
            Nagle, raczej instynktownie, zauważyłam, że coś jest nie tak. Chcąc to sprawdzić, usiłowałam się podnieść, duże było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że nie mogę wstać, spojrzałam w dół na moje ciało i zamarłam. Moje kostki u nóg, a także kolana i biodra były okręcone jakimiś dziwnymi pnączami, które niby kajdany przytwierdziły mnie do ziemi. Starałam się uspokoić i podejść do tego racjonalnie, nie było to jednak łatwe, zważywszy na to w jakiej znalazłam się sytuacji. Gdy udało mi się choć trochę uspokoić, to stało się coś co całkowicie zburzyło mój pozorny spokój, a mianowicie, zauważyłam, że roślina zaczyna coraz szczelniej oplatać moje ciało i delikatnie wciąga mnie pod ziemie. Następowało to powoli, lecz systematycznie. Wiedziałam, że jedynym ratunkiem dla mnie będzie użycie magii. Spięłam całe moje ciało i skoncentrowałam się na jednym słowie.
- Tundir* - wyszeptałam i ... nic się nie stało, patrzyłam na to przerażona, uświadomiłam sobie w jak beznadziejnej sytuacji się znalazłam.
            Chciałam krzyczeć z bezsilności lecz żaden odgłos nie wydobył się z moich ust. Pnącza wciągnęły mnie już niemal całą, trawa była na wysokości moich oczu. Podjęłam jeszcze jedną próbę uwolnienia się, lecz tak jak przypuszczałam nic się nie stało. A w sumie nie, stało się, zapadłam się jeszcze głębiej. Nie wiem ile jeszcze tak leżałam: minutę, godzinę czy cały dzień, całkowicie straciłam rachubę czasu. Nie miałam już nawet sił do tego by walczyć. Zdałam sobie sprawę z tego jak mało rzeczy zdążyłam zrobić w swoim siedemnastoletnim życiu, a także to, że już nigdy nie zobaczę mojej młodszej, niesfornej siostry Rose i ukochanej ciotki Rebeki. Zaczęłam żegnać się z życiem, było mi tak smutno, że ciężko jest mi to opisać słowami, lecz jedna myśl sprawiała, że czułam się odrobinę lepiej, a mianowicie to, że już niedługo spotkam się z rodzicami i starszym bratem, który zawsze starał się mnie chronić.
            Wtedy usłyszałam tuż obok siebie odgłos łamanych gałęzi, po odgłosie jaki wydały mogłam stwierdzić, że złamać ją mogło tylko coś dużego i ciężkiego. Nadzieja znowu do mnie zawitała. Ostatkiem sił udało mi się podnieść głowę, aby zobaczyć co spowodowało owy dźwięk. Spojrzałam i ... zamarłam. Oto przede mną w pełnej krasie stał człowiek, którego nienawidziłam najbardziej na świecie - Werion. Jest on królem, królestwa, w którym żyję, nie można powiedzieć o nim, że jest dobrym władcą, wręcz przeciwnie, można śmiało powiedzieć, iż jest on tyranem i człowiekiem całkowicie pozbawionym serca, diabłem w ludzkiej skórze jak to niektórzy o nim mówią.
            I to właśnie on stał przede mną i patrzył na mnie z kpiącym uśmiechem i nieukrywana pogardą w oczach. Nie miałam zamiaru prosić go o pomoc, był on ostatnią osobą, którą poprosiłabym o cokolwiek, nie ja nawet wtedy bym go o nic nie poprosiła. Nienawidziłam go tak dlatego, że to on zniszczył mi życie. Patrząc na niego całkowicie zapomniałam o tym w jakiej jestem sytuacji, mieszały się we mnie różne emocje, które nie mogły znaleźć ujścia. Czułam jednocześnie żal, rozpacz i nienawiść, a wszystkie te emocje skierowane były do jego osoby.
            Nagle Werion roześmiał się, nie był to jednak miły śmiech, o nie, na pewno nie. Jego śmiech mroził krew w żyłach. Wtem poczułam, że zostałam już praktycznie cała wciągnięta pod ziemię. Wtedy właśnie w akompaniamencie tego upiornego śmiechu, udało mi się w końcu wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Krzyczałam w niebogłosy, chciałam się ratować, ale nie mogłam. Poczułam, ku mej uldze, że pnącza nie wciągają mnie już w głębiny, nie trwało to jednak długo. Ulga, którą odczuwałam jeszcze parę chwil temu, w ciągu zaledwie paru sekund przerodziła się w przerażenie. Tuż nade mną stał Werion, lecz to nie on przeraził mnie najbardziej, tylko to co trzymał w ręce. W jego dłoni znajdował się długi sztylet z krwistoczerwoną rękojeścią i srebrzystym ostrzem, był on skierowany w moja stronę. Zbliżył się do mnie, ukucnął tuż obok wziął zamach i uderzył. Ostrze wbiło się gładko w ziemię, tuż obok mojej głowy. Poczułam jak strach mnie paraliżuje, zamiast zakończyć moje cierpienia i tą niepewność, on bawi się ze mną w kotka i myszkę. Patrzyłam z przerażeniem jak bierze zamach po raz drugi, wiedziałam, że teraz zrobi to co zamierzał zrobić od samego początku. Widziałam jak ostrze mknie wprost w środek mojej twarzy, zamknęłam oczy i ... .

                                                                        ***

- Aaaa - obudził mnie krzyk, dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że to ja krzyczałam. W pierwszej chwili po przebudzeniu nie wiedziałam nawet dlaczego krzyczałam, dopiero po chwili przypomniałam sobie mój sen i dziękowałam niebiosom, za to, że to się nie zdarzyło naprawdę, że to był tylko sen. Koszmar tak mnie przeraził, dlatego że mógł się zdarzyć naprawdę. Werion nienawidził mnie, a wszystko to przez moje niezwykłe zdolności i przez to, iż działałam w grupie buntowników przeciw niemu.
            Gdy już uspokoiłam się na tyle, żeby móc normalnie oddychać, to znowu stało się coś, co mnie wytrąciło z równowagi. Usłyszałam odgłos kroków na zewnątrz i mogłabym przysiąc, że był to odgłos ludzkich kroków. Starając się zachowywać jak najciszej, wstałam i na palcach podeszłam do drzwi. Otworzyłam je gwałtownie jednocześnie szepcząc:
-Claridad**.
            Z moich dłoni wytrysnęły strumienie światła, który dały mi doskonały widok na teren otaczający mój dom. Na wprost mnie, w krzakach coś się poruszyło. Spięłam się i już gotowa byłam rzucić jakiś czar ogłuszający, gdy wyskoczyła z nich para lisów. Odetchnęłam z ulgą i uderzyłam się ręką w czoło. Jak mogłam być taka głupia, przecież znajdowałam się w miejscu, gdzie nikt nie miał mnie prawa znaleźć. Zamknęłam drzwi i skierowałam się w stronę łóżka. Zasnęłam już uspokojona, zupełnie nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, a mianowicie z pary oczu, które obserwowały mój dom uważnie od paru godzin, a teraz oddalają się od niego z błyskiem triumfu.

*Tundir - ciąć
**Claridad - światło

3 komentarze:

  1. Ile razy powtarzałam, że te opowiadanie jest świetne! Cieszę się, że w końcu ten prolog zagościł na blogu, czekam na dalszy rozdział i oczywiście więcej o głównej bohaterce, ciekawa jestem jak ją wykreujesz i w ogóle nie mogę doczekać się reszty postaci, szczególnie Weriona! :p Ale do rzeczy, jak uprzedzałam mój komentarz będzie surowy itd... więc:
    Na początku wszystko wydaje się być piękne, łąka, kwiaty, słoneczko, podkreślam, jak piszesz używasz bardzo ładnego słownictwa, z czasem tak się wprawisz w pisanie, że Twoje opowiadanie będzie istnym cudem (ale ja surowa, prawda?). Głowna bohaterka jest czarodziejką, to mi się podoba, ale jak ma na imię? Czemu mi tego nie zdradzisz, pytam się! :) Żeby nie było tak słodko, może przydałaby się na początku jakaś refleksja, aby lepiej wczuć się w tą dobrą atmosferę,a potem szok, atakuje mnie trawa! Tak się już czepiam, nie słuchaj mnie. Oczywiście interesująca jest też (bardzo) postać Weriona, aż nie mogę się doczekać rozwinięcia akcji z nim, a wiem, że będzie ciekawie!

    Och! Już chyba się rozpisałam, czekam na pierwszy rozdział!
    Pozdrawiam :p

    OdpowiedzUsuń
  2. Och no nie, nie jestem pewna czy nie zjadło mojego komentarza tak więc napiszę go jeszcze raz i bardzo przepraszam, jeśli zdarzy się tak, że wtórnie.

    Generalnie mam wielką słabość do sztyletów (rzecz jasna nie do posługiwania się nimi ani tym bardziej obrywania takim ostrzem) ale popatrzeć zawsze można. Mają w sobie to coś <3
    Przechodząc do części właściwej.
    Wszystko spójne, nie wyjawia zbyt wiele i nie zanudza.
    Parę powtórzeń ale sama piszę bloga i o matko ile ja w nim czasami błędów widzę, to aż w oczy kole ;o

    Jest świetne w każdym razie, czekam na pierwszy rozdział, który mam pewność, że będzie równie ciekawy co prolog.
    Weny! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za komentarz :) Szczerze mówiąc ostatnio zniechęciłam się brakiem komentarzy i zastanawiałam się czy warto wstawiać jeszcze następne rozdziały, skoro i tak nikt ich nie czyta, ale dzięki tobie nabrałam wielkiej ochoty do pisania. Dziękuję ;)

      Usuń